Od ponad 3 dekad crossovery wypierają z rynku auta różnego typu i w każdym segmencie.
Maciej Ziemek
Gdy w połowie lat 90. debiutowała niepozorna 3-drzwiowa Toyota RAV4, mało kto przypuszczał, że zapoczątkuje ona nową klasę aut. Klasę crossoverów, w której konkurentów i klientów przybywało i wciąż przybywa w tempie geometrycznym. Mimo że pierwszy RAV4 nie był ani nadzwyczajnie przestronny, ani nazbyt funkcjonalny, cieszył się dużym powodzeniem. Właściwości jezdne, komfort podróżowania i zdolność do pokonywania terenu – mimo wprowadzenia wersji z napędem na cztery koła – też nie należały do jego największych zalet. Skąd zatem taka popularność? Bo RAV4 wyglądał inaczej niż tradycyjne hatchbacki czy sedany i w wielu dziedzinach oferował nieco więcej niż one.
Wartość dodana ma znaczenie
Ponad 100 lat temu ludzkość masowo zaczęła przesiadać się z powozów napędzanych końmi do pojazdów mechanicznych, bo samochody oferowały coś więcej niż tylko możliwość transportu z punktu A do punktu B w tempie szybszym niż spacerowe. Bardzo ważna wartość dodana napędzała rozwój motoryzacji od początku jej istnienia. Powstawały nowe rodzaje nadwozi, nowe rodzaje napędu, dodawano coraz więcej wyposażenia. Biznes się kręcił. Ale w końcu mocno zbliżył się do ściany. Wydawało się, że od hatchbacków, sedanów, kombi i vanów oraz klas od samochodów najmniejszych po sportowe i luksusowe rynek już tak się wypełnił, że nie ma miejsca na nic innego.
I wtedy pojawił się on – Nissan Qashqai, który w 2007 roku wywrócił do góry nogami myślenie o samochodach popularnych. Tylko dzięki temu jednemu modelowi japońska marka nie tylko nie poszła na dno, ale zbudowała solidny fundament do dalszego rozwoju. Hurtowo poszły na nią inne. Teraz żadna marka nie przetrwa bez crossoverów. Większość oferuje ich więcej niż modeli innego rodzaju.
Crossover dobry na wszystko i do wszystkiego
Najnowsze crossovery wciąż prezentują się inaczej niż zwyczajne kompakty czy limuzyny, chociaż – „coraz więcej przebierańców, coraz trudniej o oryginał”. Ich najważniejszą przewagą nad samochodami o tradycyjnym nadwoziu jest wszechstronność. Dzisiaj SUV-y z powodzeniem potrafią wcielić się w rolę wygodnego auta osobowego (także miejskiego czy luksusowego), przestronnego i funkcjonalnego vana czy nawet wytrawnego sportowca. I to podoba się klientom.
Wszystko wskazuje na to, że od crossoverów nie ma odwrotu. W przeciwieństwie do tradycyjnych aut rożnych klas, które tracą na popularności, crossovery mają się coraz lepiej. I to niezależnie od marki i wielkości. Kres ich powodzenia może wyznaczyć jedynie kolejna moda. Na co? Nie wiadomo.
Nawet tak sportowe marki jak Ferrari i Lamborghini, czy luksusowe jak Rolls-Royce i Bentley nie oparły się modzie na SUV-y. Wiele wskazuje na to, że niedługo po drogach będą jeździć głównie takie auta. Przemawia za tym nie tylko moda, która wciąż kwitnie. Fakt, że napęd elektryczny najłatwiej upakować w crossoverach niespodziewanie stał się ich kolejną mocną stroną. To już nie jest kwestia mody, ale naszego być albo nie być. Podobno. Czas pokaże.
FOT. FERRARI, NISSAN, ROLLS-ROYCE








