Najlepiej przekonać się o zaletach aut elektrycznych na własnej skórze.
Albert Warner
Unia Europejska forsuje elektryfikację transportu i stawia ambitne cele producentom samochodów. Tymczasem w kuluarach brukselskich gabinetów powiało niezadowoleniem. Wysocy rangą urzędnicy unijni narzekają na swoje nowe służbowe, elektryczne limuzyny. Powód? Samochody nie są w stanie pokonać tzw. „unijnej trasy” bez postoju na ładowanie.
Jak wynika z informacji portalu Politico, źródłem irytacji na korytarzach Komisji Europejskiej jest flagowy projekt elektryfikacji unijnej floty urzędniczej. Zderzył się on bowiem z rzeczywistością, którą dotychczas kwitowano pobłażliwym uśmiechem – małym zasięgiem aut elektrycznych w trasie.
- Komisarze Unii Europejskiej korzystają z floty 128 aut, głównie elektrycznych.
- Urzędnicy narzekają, że na trasie Bruksela-Strasburg (440 km) trzeba wykonać postój na ładowanie.
- Postój wydłuża czas podróży o ok. 20-30 min.
Głównym źródłem frustracji stała się trasa, jaką komisarze regularnie pokonują między dwoma ośrodkami władzy UE – Brukselą a Strasburgiem. Odległość wynosi 440 km, a dla elektrycznych limuzyn, którymi podróżują komisarze (chodzi m.in. o modele BMW), dystans ten jest za duży do pokonania na jednym ładunku.
Ładowanie i ekojazda wydłużają czas podróży
Z relacji pracowników aż ośmiu gabinetów komisarzy wyłania się obraz niemal komiczny. Na trasie Bruksela-Strasburg unijni decydenci są zmuszeni do przymusowego przystanku w Luksemburgu. W efekcie podróż, która dotychczas zajmowała około pięciu godzin, wydłuża się o kolejne kilkadziesiąt minut, a w dniach z dużym natężeniu ruchu nawet o ponad godzinę. Na sugestie, by kierowcy jechali po prostu wolniej w celu oszczędzania energii, ci odpowiadają krótko: „To tak nie działa, taka ekojazda mogłaby wydłużyć czas podróży nawet do 7 godzin”.
W tym miejscu pojawia się pytanie, które trzeba zadać urzędnikom zachęcającym do rezygnacji z transportu indywidualnego – dlaczego nie wszyscy komisarze wybierają pociąg? Przecież Bruksela i Strasburg są doskonale skomunikowane kolejowo, a korzystanie z kolei to podręcznikowy przykład dbania o ślad węglowy.
Urzędnicy wyjaśniają, że w wielu wypadkach publiczny transport zbiorowy jest dla nich bezużyteczny z powodów praktycznych. Podczas pięciogodzinnej podróży komisarze również pracują np. odbywając poufne rozmowy telefoniczne. Krótko mówiąc – pociągi są świetne i ekologiczne, ale samochody okazują się jednak trudne do zastąpienia.
Ten problem omija przewodniczącą Komisji Europejskiej, Ursulę von der Leyen. Szefowa KE nie ogląda ładowarek w Luksemburgu, ze względów bezpieczeństwa podróżuje bowiem opancerzoną limuzyną z silnikiem spalinowym. Na rynku motoryzacyjnym nie ma jeszcze elektrycznych odpowiedników tego typu aut.
Teoria w garści, rzeczywistość na kablu
Komisja Europejska od 2022 r. realizuje plan wymiany swojej floty. Aktualnie w jej skład wchodzi 128 pojazdów, z czego ok. 80 proc. stanowią auta elektryczne (typu BEV). Do 2027 r. cała flota ma być zeroemisyjna. To ma być przykład dla całego kontynentu – że nawet jeśli z elektromobilnością wiążą się pewne wyrzeczenia, to „góra” jest gotowa ponosić je razem z obywatelami.
Rzeczywistość okazała się pełna ironii. Gdy producenci samochodów, eksperci oraz kierowcy od lat wskazywali na drastyczny spadek zasięgu aut elektrycznych w trasie czy niedoskonałość infrastruktury, z Brukseli płynął niezmienny przekaz – nie ma odwrotu od samochodowej elektryfikacji.
Chociaż, trzeba przyznać, to twarde stanowisko przez cały czas zajmowali nie tyle sami komisarze, ile raczej europosłowie. Czekając przy ładowarce w Luksemburgu komisarze mają więc chwilę, by zadzwonić z podziękowaniami do swoich kolegów z Parlamentu Europejskiego.







