Wyższe cła oznaczają wyższe ceny samochodów. Jeśli jednak nazywasz się Mercedes, BMW albo Porsche klienci pragnący luksusu mogą ci to wybaczyć.
RS
Od stycznia do końca lipca bieżącego roku wyprodukowanych w Niemczech 2,5 miliona samochodów, co może robić wrażenie. Tym bardziej, że to o 5 procent więcej niż w poprzednim roku.
Nie oznacza to jednak, że przemysł motoryzacyjny za Odrą może optymistycznie patrzeć w przyszłość. Przeciwnie. Wystarczy wczytać się głębiej w statystyki, by stwierdzić, że w ciągu siedmiu miesięcy 2025 r. wyprodukowano w Niemczech o 12 procent mniej samochodów niż w przedkryzysowym i przedpandemicznym roku 2019. Przyczyny są różne i można ich szukać także poza granicami samych Niemiec.
Co najmniej od początku 21. wieku niemiecki przemysł samochodowy czerpie korzyści z globalizacji. W 2023 r. 75 procent wyprodukowanych w Niemczech aut wyeksportowano.
W zeszłym roku prawie 70 procent obrotów niemieckie firmy uzyskały ze sprzedaży za granicą, w tym 29 procent w krajach strefy euro. Jednak warunki poza naszym kontynentem zaczęły się zmieniać na ich niekorzyść.
Od pewnego czasu Chiny, ogromny rynek dla europejskich przedsiębiorstw, powołały do życia dziesiątki rodzimych marek samochodowych i sprzedają swoje auta wewnątrz kraju wypierając cudzoziemców. Nie poprzestają na tym – trwa chińska ekspansja samochodowa na Europę.
Teraz życie niemieckim (i innym europejskim) eksporterom samochodów utrudniają dodatkowo amerykańskie cła nałożone przez Donalda Trumpa.
Wyższe cło na samochód ma mniejsze znaczenie w przypadku luksusowej marki
Do pierwszego sierpnia bieżącego roku cła obowiązujące na samochody z Europy, w tym z Niemiec, wynosiły w USA 27,5 procent. Łatwo sobie wyobrazić, o ile droższe stały się przez to te auta dla amerykańskich klientów. Wynegocjowana przez UE stawka od początku sierpnia zmniejszyła się do 15 procent – świetnie, tyle że w dawnych dobrych czasach sprzed prezydentury Trumpa wynosiła 2,5 procent. To ogromna różnica.
Niemieckie samochody ratuje fakt, że w dużej części należą do segmentu pojazdów luksusowych, których nabywcy do pewnego stopnia są w stanie przełknąć wyższe ceny w imię jakości, technologii i prestiżu jaki ze sobą niosą. Na tym niemiecki przemysł bazował zresztą przez lata, z sukcesem sprzedając swoje samochody zamożnym Azjatom, klientom znad Zatoki Perskiej czy właśnie Amerykanom. Ale nie dotyczy to przecież wszystkich marek.
Eksperci przewidują, że kłopoty ze sprzedażą w USA może mieć Volkswagen. W USA marka ta nigdy nie przekroczyła 3-procentowego udziału w rynku – wskazuje cytowany przez tageschau24 amerykański ekspert. „Samochody Volkswagena sprzedają się głównie w niższym i średnim przedziale cenowym. Mercedes i BMW łatwiej mogą usprawiedliwić podwyżkę cen „sportowych aut z mocnymi silnikami, reprezentujących niemiecką technologię” – twierdzi Arthur Wheaton z Cornell University.
Co kraj, to obyczaj
Drugim czynnikiem utrudniającym życie niemieckim markom mają być upodobania amerykańskich klientów, zależnie od… ich miejsca zamieszkania. Według tej tezy USA to zbiór stanów o zupełnie różnych preferencjach. W centrum kraju wciąż najlepiej sprzedają się trucki z ogromnymi silnikami i auta będące symbolami statusu. Z kolei w miastach na wybrzeżach USA dla klientów liczy się wpływ na środowisko. Tu z kolei północ kraju różni się od południa. Eksperci twierdzą, że zagranicznemu producentowi niełatwo zaspokoić potrzeby tak bardzo różne w różnych regionach kraju.
Elektryki nie dla Ameryki
W pierwszym półroczu 2025 r. z taśm niemieckich fabryk zjechało 864 000 elektrycznych samochodów osobowych (w tym hybryd), padł nowy rekord w tej dziedzinie. Elektryki stanowiły tym samym 40 procent produkcji w Niemczech, rok wcześniej było to 30 procent.
Wspaniały wzrost, jednak na Amerykanach nie robi wrażenia. I to mimo że VW, BMW i Mercedes już dawno zaprezentowały atrakcyjne, wyrafinowane elektryczne limuzyny dla odbiorców w USA, licząc, że rządowe regulacje zwiększą na nie popyt.
I na tym polega problem – to nie klienci mieli ten popyt nakręcać, lecz państwowe subwencje w miliardowej wysokości. Jednak prezydent Trump natychmiast zrezygnował z dopłat, podobnie jak z ambitnych standardów w dziedzinie ochrony środowiska, z handlu emisjami i programów wspierających zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Wygląda na to, że elektryczne samochody pozostaną w USA produktami niszowymi, których produkcja nie będzie się opłacać.
Tylko spokój może ich uratować
Mimo to amerykańscy eksperci radzą Europejczykom zachować spokój i przeczekać czas politycznej niepewności. Jednym może się to udać lepiej, innym gorzej. Lepiej mają ci, którzy produkują samochody na miejscu w Stanach.
Należy do nich BMW, które ogromną fabrykę ma właśnie w USA, w Spartanburgu w Karolinie Południowej. Nie tylko produkuje w niej SUV-y na rynek amerykański, ale też eksportuje je do 160 krajów, w tym oczywiście do Europy.
Na paradoks zakrawa przy tym fakt, że jeśli cła na samochody wytwarzane w USA i wysyłane do Unii Europejskiej zostaną zmniejszone z dotychczasowych 10 procent do zera (o czym się mówi), BMW na tym zyska.
Nie ma jednak mowy, by wyrównało to koszty wynikające z 15-procentowego cła wwozowego do USA. Tak czy inaczej, nadeszły ciężkie czasy.
FOT. BMW, Volkswagen, BYD, Drive Mode









