Eskapada do podnóża Himalajów.
RS
W Katmandu ruch jak w ulu – auta osobowe, chmary motocykli, skuterów i tłumy pieszych zapełniają ulice milionowej metropolii. Na węższych drogach chodników brak, jezdnia jest dla wszystkich, którzy jej potrzebują, a rządzi ten, kto większy.
Najwyżej w hierarchii stoją terenówki i vany, za nimi małe autka miejskie, między tym wszystkim o swoje walczą motocykle i piesi. Ci ostatni nie mają łatwo, zwłaszcza gdy zechcą przejść w poprzek trąbiącej klaksonami rzeki. Chaosem nie można tego jednak nazwać, bo każdy wie jak daleko może się posunąć. Dosłownie.
W ARTYKULE
- Nepal to kraj Himalajów, górskich dróg i dynamicznych zmian transportowych.
- Samochody elektryczne w Nepalu zdobywają rynek dzięki niskim cłom i taniej energii elektrycznej.
- Trasa Katmandu Pokhara pokazuje wyzwania, jakie stoją przed infrastrukturą drogową w górach.
Kierowcy kierując się własną logiką, wiedzą kiedy przepuścić motocykl, a kiedy mogą go zlekceważyć. Piesi też wyczuwają moment, w którym powinni przywrzeć plecami do ściany i wciągnąć brzuch, żeby zrobić miejsce dla mijających się aut. Ich kierowcy już zawczasu złożyli lusterka zewnętrzne.
Upór z jakim samochody przedzierają się przez wąskie uliczki stołecznego Katmandu zadziwia. My już dawno odpuścilibyśmy i kilka ostatnich metrów do celu doszli pieszo. Jednak kierowcy, mijając się „na żyletki”, mają ambicję dowieźć pasażerów pod same drzwi. Nikogo nie dziwi, gdy auto z przeciwka idzie na zwarcie, a kierowcy liczą milimetry potrzebne, by się minąć. „A nie mówiłem, że da radę?” – uśmiech na twarzy zdradza satysfakcję. Ogólna zasada brzmi: zero agresji.
Tańszy, bo elektryczny
Samochody w 30-milionowym Nepalu ma jednak tylko nieco ponad trzy procent rodzin. Co innego motocykle – te posiada 27 procent gospodarstw domowych i to one tworzą uliczny tłum. Są też głównym prywatnym środkiem transportu. Prym wiodą marki indyjskie, jak Bajaj, Hero czy TVS.
Podobnie wśród samochodów – na ulicach dominują produkty marki Tata, Mahindra czy Maruti Suzuki, indyjskiej spółki produkującej pojazdy na japońskiej licencji. Coraz śmielej rozpychają się auta chińskie wszelkich marek, spotkać można też Toyoty, raz na jakiś czas trafi się Skoda czy Volkswagen, ale to wyjątki.
Miasta położone w dolinach, jak Katmandu czy Pokhara, spowite są smogiem, co szczególnie wyraźnie widać z nieodległych Himalajów. To zapewne szybko się nie zmieni, mimo że hitem sprzedaży w ostatnim czasie stały się w Nepalu… samochody elektryczne. Jednak nie umiłowanie środowiska jest tego przyczyną, lecz polityka rządu. Po prostu, pewnego dnia wprowadził on 180-procentowe cło na samochody spalinowe i „tylko” 40-procentowe na auta elektryczne. W ten sposób elektryki stały się znacznie tańsze od pojazdów benzynowych. Na dodatek, energia elektryczna jest w Nepalu w miarę niedroga, bo wytwarzana przez hydroelektrownie.
Z tych powodów w 2025 roku aż 76 procent sprzedanych tu nowych aut stanowiły modele elektryczne. To drugi na świecie wynik po Norwegii! I dowód na magię liczb – chodzi wszak o procentowy udział elektryków w sprzedaży, w liczbach bezwzględnych wynik już nie imponuje, bo Nepal to bardzo mały rynek – w poprzednim roku sprzedano na nim niespełna 23 000 nowych samochodów.
Nepalczycy przesiadają się więc ze spalinowych aut z Indii na elektryki z Chin, które są nie tylko atrakcyjniejsze cenowo, ale też postrzegane jako dużo nowocześniejsze, a wręcz luksusowe. Wśród pięciu najpopularniejszych producentów w 2025 r. znalazły się chińskie MG, Dongfeng, Omoda i Changan (wszystkie z modelami elektrycznymi) i tylko jeden koncern z Indii – Maruti Suzuki (2. miejsce).
Syzyfowe prace
Wsiadamy w terenową Mahindrę Scorpio i ruszamy z Katmandu w Himalaje. Trasa nie wydaje się daleka – 200 km jazdy na zachód nie powinno zająć wiele czasu. Ale zajmuje prawie 9 godzin, bo droga do Pokhary, drugiego miasta w kraju i bazy wypadowej w kierunku ośmiotysięczników, jest bardzo urozmaicona – i nie tylko o widoki chodzi.
Trochę gładkiego asfaltu, trochę dziur, dużo odcinków szutrowych i jeszcze więcej w przebudowie. Do tego zakręty i przepaści oraz gęsty ruch niedający szans na wyprzedzanie. Cały transport w Nepalu odbywa się drogami, ponieważ w kraju nie ma ani kilometra linii kolejowej. Pół biedy jeśli ktoś jedzie w kierunku wschód-zachód, bo podróżuje wtedy wzdłuż pasm Himalajów.
Kierunek na północ oznacza natomiast gwałtowny podjazd pod górę. Nepal to przecież kraj ośmiu spośród 14 ośmiotysięczników i 90 gór o wysokości ponad 7 tysięcy metrów. Jest więc stromo. Dość powiedzieć, że Pokhara leży na wysokości zaledwie 827 m n.p.m., a potężne Daulaghiri (8167 m) i Annapurna (8091 m) znajdują się tylko kilkadziesiąt kilometrów dalej.
Drogi wyrzezane w stromych zboczach wiją się ku szczytom. Co jakiś czas spoglądamy z niepokojem w przepaść. W wielu miejscach część drogi zsunęła się w dół pozostawiając wyrwę i zwężenie, na którym auta ledwie się mijają. Osuwanie się ziemi zdarzało się tu zawsze, powodowane monsunowymi deszczami, jednak wraz ze zmianami klimatu monsuny stały się o wiele intensywniejsze.
Druga przyczyna degradacji dróg to chronicznie przeciążone ciężarówki. Na dodatek Nepal leży w strefie aktywnej sejsmicznie – utrzymanie i naprawa nawierzchni w tych warunkach jest syzyfowym zajęciem. Tym bardziej, że wiele dojazdów do wsi powstaje w Nepalu bez nadzoru inżynierskiego, spontanicznie jako „dar” lokalnego polityka dla mieszkańców.
Takie drogi nie trzymają standardów i często spływają wraz z deszczem, z drugiej strony Nepalczycy z prowincji marzą o tym, by doprowadzono do nich drogę, bo to daje możliwości zarobku. W kraju jest 51 tysięcy kilometrów wiejskich traktów, z których 35 tysięcy km ma nawierzchnię nawet nie szutrową, lecz ziemną.
Miejsce dla słoni, proszę!
Droga do Pokhary jest jednak w miarę luksusowa. Na kilkudziesięciu kilometrach to teraz dwupasmowa ekspresówka. W ostatnich latach Nepal, jeden z najbiedniejszych krajów Azji, zainwestował miliony dolarów w rozbudowę infrastruktury. Dba przy tym o przyrodę, a wyzwania ma specyficzne. „Przejścia podziemne i nadziemne dla nosorożców i słoni powinny mieć nachylenie maksymalnie 20 stopni i minimalną szerokość 20 metrów”, czytamy w rządowych wytycznych.












