W pogoni za luksusem i nowinkami technicznymi kierowcy coraz częściej płacą za wyposażenie, z którego nigdy nie korzystają.
Marcin Klimkowski
Gadżety, które kuszą w salonie, a potem „kurzą się” w aucie? Kupno nowego samochodu to często emocjonalna decyzja. Sprzedawcy doskonale o tym wiedzą i umiejętnie podsycają wyobraźnię klientów, oferując rozmaite dodatki mające uczynić jazdę przyjemniejszą, bezpieczniejszą lub po prostu bardziej prestiżową. Problem w tym, że wiele z tych elementów w praktyce okazuje się zupełnie zbędnych. Kupujemy je, bo wyglądają dobrze w katalogu, a nie dlatego, że naprawdę ich potrzebujemy.
W efekcie końcowym płacimy często kilka, a nawet kilkanaście tys. zł więcej za funkcje, które po tygodniu użytkowania przestają robić jakiekolwiek wrażenie. W dobie rosnących cen samochodów i coraz bardziej skomplikowanych konfiguracji warto więc zastanowić się dwa razy, zanim dopisze się kolejną pozycję do listy wyposażenia dodatkowego.
W ARTYKULE
-
Systemy takie jak automatyczne parkowanie bywają niedokładne i rzadko realnie pomagają.
-
Luksusowe funkcje (wentylacja foteli, masaż, podgrzewane elementy) są używane sporadycznie.
-
Rozbudowane multimedia i ogromne ekrany często bardziej rozpraszają uwagę niż ułatwiają obsługę.
-
Wiele dodatków to narzędzia marketingowe podnoszące cenę auta.
Systemy, które robią wszystko za kierowcę
Elektronika zdominowała współczesną motoryzację, ale nie każda technologia naprawdę ułatwia życie. Przykładem może być automatyczny asystent parkowania. Brzmi imponująco, jednak w praktyce większość kierowców po kilku próbach wraca do tradycyjnego parkowania – szybciej, pewniej i bez stresu, że komputer źle oceni odległość.
Podobnie jest z systemem dostosowania prędkości do obowiązującego ograniczenia, na podstawie rozpoznawania znaków drogowych. Algorytm jego działania pozostawia wiele do życzenia. Efekt? Kierowca i tak musi kontrolować sytuację, a koszt takiego systemu to kilka tysięcy złotych.
Luksus, który szybko traci sens
Producenci samochodów uwielbiają kusić nas komfortem. Podgrzewanie kierownicy, wentylowane fotele czy masaż w siedzeniach brzmią jak spełnienie marzeń po długiej podróży. Niestety, w większości przypadków to bajery, których używa się przez pierwsze tygodnie, a potem o nich zapomina.
W polskim klimacie wentylacja foteli ma sens może przez miesiąc w roku, a funkcja masażu – choć efektowna – ma niewielką skuteczność i często działa zbyt słabo, by naprawdę rozluźnić mięśnie. Jeszcze gorzej, jeśli za takie dodatki dopłacamy kilka tys. zł. Lepiej zainwestować w dobre zawieszenie lub porządne opony, które realnie poprawią komfort i bezpieczeństwo jazdy. A na masaż iść do masażysty.
Technologia dla technologii
Kolejnym przykładem są systemy multimedialne i rozbudowane pakiety łączności. Coraz częściej producenci montują ogromne ekrany dotykowe, które mają zastąpić klasyczne przyciski i pokrętła. Niestety, zamiast wygody często otrzymujemy rozproszenie uwagi – proste czynności, jak zmiana temperatury czy włączenie ogrzewania tylnej szyby, wymagają kilku dotknięć ekranu.
Kierowcy, którzy pamiętają czasy fizycznych przycisków, często narzekają na nowe rozwiązania, a mimo to dopłacają do większego wyświetlacza tylko dlatego, że wygląda nowocześnie. Podobnie zbędne bywają fabryczne nawigacje – w erze smartfonów i aplikacji takich jak Google Maps czy Waze to wydatek, który trudno uzasadnić.
Podobnie zresztą, jak inne niepotrzebne akcesoria (jest ich bardzo dużo): grzejniki, jonizatory, termosy samochodowe zasilane z gniazdka zapalniczki, łopatki do manualnej zmiany biegów w automatach, sterowanie gestami, czy ozdobne pokrowce i naklejki.
A zatem, nie wszystkie dodatki, które wyglądają atrakcyjnie w katalogu, mają sens w codziennej eksploatacji. Nie wszystko złoto, co się świeci. Wiele ekstrasów to po prostu marketingowe pułapki, mające zwiększyć marżę producenta i poprawić wizerunek modelu. Zanim więc zdecydujesz się na zakup drogiego pakietu wyposażenia, warto zadać sobie jedno pytanie: czy naprawdę będę z tego korzystać? W świecie motoryzacji nie zawsze „więcej” znaczy „lepiej”.
fot. Drive Mode, Mercedes, Toyota, VW
FAQ – najczęściej zadawane pytania
1. Dlaczego producenci montują tyle zbędnych dodatków?
Bo to najprostszy sposób na zwiększenie marży i podniesienie prestiżu modelu. Dodatki wyglądają świetnie w katalogach i konfiguratorach, a to sprzyja podjęciu impulsywnej decyzji zakupowej.
2. Jakie systemy asystujące kierowcy najczęściej okazują się niepotrzebne?
Głównie automatyczny asystent parkowania i systemy rozpoznawania znaków drogowych. W praktyce ich działanie bywa niedokładne, a kierowcy szybko wracają do manualnych czynności.
3. Czy luksusowe wyposażenie, takie jak masaż w fotelach czy wentylowane siedzenia, ma sens?
Zazwyczaj tylko na początku. Wielu kierowców korzysta z tych funkcji sporadycznie, a w polskich warunkach klimatycznych ich użyteczność jest ograniczona.
4. Czy duże ekrany i rozbudowane multimedia rzeczywiście ułatwiają obsługę auta?
Niekoniecznie. Dotykowe interfejsy często wymagają więcej uwagi niż klasyczne przyciski, co może rozpraszać kierowcę. Poza tym wiele funkcji – jak fabryczna nawigacja – dubluje możliwości smartfonów.
5. Jak uniknąć przepłacania za zbędne wyposażenie?
Przed zakupem warto zastanowić się, czy faktycznie będziesz używać danego elementu. Najlepiej skupić się na wyposażeniu wpływającym na bezpieczeństwo, trwałość i realny komfort jazdy, np. dobrej jakości oponach, lepszym zawieszeniu czy praktycznych systemach bezpieczeństwa.
6. Jakie dodatki są najbardziej „marketingowe”, a najmniej przydatne?
M.in. sterowanie gestami, dekoracyjne pakiety, rozbudowane jonizatory powietrza, termosy podłączane do gniazda zapalniczki, łopatki do zmian biegów w automacie czy ogromne ekrany zamiast fizycznych przycisków.
7. Czy dopłaty za wyposażenie zawsze są nieopłacalne?
Nie. Opłacalne są te dodatki, które realnie poprawiają bezpieczeństwo i funkcjonalność auta. Problemem jest kupowanie gadżetów, które robią wrażenie tylko na etapie zakupu, a później nie są używane.








